Społeczność
blog.ekologia.pl   Publicyści   Jan Marcin Węsławski   wlazłem na cudze pole
0

wlazłem na cudze pole

„Wlazłem na cudze pole ale z moimi zasadami”

Po kolejnym sporze z technokratami na temat zagospodarowania dna i brzegu morskiego, zacząłem rozumieć dlaczego tak trudno się nam porozumieć. Obszar, w którym tradycyjnie działa biznes, developerzy oraz wspomagające ich technologie nie miał (bo nie potrzebował) związków z naukami przyrodniczymi. Domena nauk przyrodniczych (zasoby żywe, ekosystemy, procesy życiowe, organizmy) była dawniej wykorzystywana wedle potrzeb, bez refleksji nad skutkami. W nowoczesnym państwie, decyzje o wykorzystaniu tej domeny są już pod kontrolą – od niedawna zdajemy sobie sprawę z tego że nie ma „dóbr wolnych” a czysta woda i powietrze mają swoją cenę. Decyzje, dawniej podejmowane samodzielnie przez dyrektora budowy czy fabryki, muszą być dziś konsultowane z opinią naukowców. Choć istnieją już odpowiednie przepisy (np. na temat Ocen Oddziaływania na Środowisko), ich praktyczne przestrzeganie wciąż wiąże się z konfliktami i niezrozumieniem. Jedną z fundamentalnych różnic dzielących świat nauki przyrodniczej od świata praktyki jest zasada niezależności opinii i weryfikacji kompetencji. Sukces współczesnej nauki polega na wypracowaniu systemu „peer review” czyli oceny- recenzji przez kolegów po fachu. Dzieło naukowe nie istnieje dopóki nie zostanie opublikowane w recenzowanym, międzynarodowym czasopiśmie. Dotyczy to każdego, kto chce należeć do kręgu światowej nauki – zarówno uznanego profesora jak i stawiającego pierwsze kroki studenta. Z punktu widzenia Nauki, nie ma żadnego znaczenia, czy autorem pracy jest student czy światowa sława – liczy się tylko jej jakość. Dzieło naukowe, nie ma kontekstu politycznego – opisuje i interpretuje fakt. Jego zastosowanie to sfera Praktyków. Naukowcy opisali zasady rozszczepiania jąder atomu, a praktycy zrobili bombę. W Praktyce zajmującej się wykorzystaniem dóbr środowiska naturalnego pojawili się teraz naukowcy siejąc chaos i niezrozumiałe konflikty. Dla praktyka, człowiek z pieczątką i zatwierdzonym projektem zamyka dyskusję - teraz można dzieło wykonać. Dla naukowca to nic nie znaczy. Istotne, czy dzieło spełnia standardy międzynarodowe i czy obroni się przed dyskusją. To oczywiście wydłuża każdą inwestycję. W obronie, praktycy próbują stosować zwyczaje ze swojej sfery – np. ocenę oddziaływania na środowisko wykonuje „ich” człowiek lub potencjalny recenzent jest wciągnięty w projekt – po to by uniknąć nieporozumień na końcu. Dla naukowca te zwyczaje są jak z Księżyca – recenzent – opiniodawca, nie może być w jakikolwiek sposób związany z wykonawcą, bo to uniemożliwia bezstronność opinii. Wiele uznanych czasopism i instytucji naukowych posyła do oceny projekty z usuniętym danymi wykonawcy – właśnie po to, by recenzent nie sugerował się osobą tylko dziełem. Innym „biznesowym” zwyczajem jest grożenie sądem krytykom inwestycji wg logiki, że skoro Profesor X zatwierdził projekt to zamyka dyskusję. Sorry Winnetou, niczego to nie zamyka.

Nie chciałem wchodzić na pole biznesu, ale to biznes zaczął eksploatować środowisko, które badam. Bez opinii naukowca biznes nie będzie mógł zarządzać środowiskiem. To nie moje pole, ale znalazłem się na nim z moimi zasadami.

Ten wpis czytano 973 razy.